HISTORIA SZKOŁY PODSTAWOWEJ W WIĘCKACH

  1. SZKOŁA DO ROKU 1945
  2. WSPOMNIENIA
  3. SZKOŁA IM. STEFANII SEMPOŁOWSKIEJ W WIĘCKACH

SZKOŁA DO ROKU 1945

Do 1919 roku wieś Więcki nie posiadała żadnej placówki oświatowej. Dzieci uczęszczały do szkoły w Rębielicach Królewskich i Popowa. Z kronikowych zapisków wynika, że w 1895 roku z całej wsi tylko 14 osób uczyło się w Szkole Podstawowej w Popowie. Często byli oni ośmieszani i wytykani palcami przez współmieszkańców. Ci spod zaboru rosyjskiego ukończyli 3 lub 4 klasy. W połowie 1919 roku gmina Popów odkupiła budynek murowany z ogrodem od obywatela Marony, który nabył ją od Niemca Zeidlera. W roku 1923 budynek zostaje wyremontowany przez Gminę Popów i wewnętrznie przerobiony (z pomieszczeń prywatnych folwarku) i dostosowany w przybliżeniu do wymogów szkolnych. Urządzono 3 obszerne klasy, w tym 2 nasłonecznione, (każda mogła pomieścić przeciętnie 50 dzieci) oraz sień z której wejście prowadziło na kryty ganek.

Budynek szkoły był zwrócony na północ, głęboko odsunięty od ulicy. Otoczony był ogrodem warzywnym, sadem i ziemią orną. Murowany był z kamienia, parterowy, częściowo podpiwniczony z piecem piekarskim. Kryty był dachówką. Stał dumnie w otoczeniu starych lip na lekkim wzniesieniu, odróżniający się już z daleka ze wszystkich stron okolicy. Stojące przed gankiem szkolnym i wejściem do ogrodu stare lipy, to ozdoba, która przetrwała po dawnym folwarku, jaki to niegdyś prowadzili właściciele. Wąskie dojście od ulicy wśród gęstego szpaleru bzu nadawał całości obraz staropolskiego zakątka. Budynek stał prawie pośrodku wsi, a dotarcie do niego nie było uciążliwe dla dzieci mieszkających przeciętnie 1,5 kilometra od szkoły. Ze szkoły korzystały też dzieci z przyległych wsi: Płaczek, Lelit, Dąbrowy, Wrzosów, Smolarzy i Antoni. Do zabudowań szkolnych należał także murowany budynek gospodarczy i osobny budynek drewniany z ustępami. Nieistniejący obecnie budynek (szopa) został w czasie działań wojennych w 1939roku spalony.

Lata niemieckiej okupacji odbiły się na zewnętrznym i wewnętrznym wyglądzie szkoły. W ciągu ostatnich miesięcy okupacji budynek zamieniono na kwaterę żołnierzy niemieckich, którzy skrupulatnie usunęli wszystkie ślady polskości. Akta, bibliotekę, obrazy, mapy i wszystkie pomoce naukowe zostały zniszczone, a stoły, krzesła i ławki porąbano częściowo i spalono. Po ucieczce pozostawili pomieszczenia szkolne i przyległy plac w stanie niechlujnym, urągającym najprymitywniejszym zasadom higieny i estetyki. Pełniąca obowiązki kierownika szkoły pani Barbara Marszałek przy pomocy dzieci szkolnych doprowadziła szkołę do stanu używalności. 1 marca 1945 roku zapisała 210 dzieci i z braku nauczycieli sama uczyła we wszystkich klasach i przygotowała dzieci do nowego roku szkolnego 1945/46. Ta sama Barbara Marszałek zapoczątkowała pisanie kroniki szkoły.

WSPOMNIENIA BYŁYCH NAUCZYCIELI PRACUJĄCYCH W SZKOLE PODSTAWOWEJ W WIĘCKACH I W FILII W ANTONIACH

Wspomina Barbara Lizurej, nauczycielka ucząca w Więckach w latach 1956 – 1974, żona dyrektora Feliksa Lizureja

Do Więcek zostaliśmy skierowani w 1956 r. przez Inspektorat Oświaty w Kłobucku. Był to rok niezwykły. W czerwcu zryw robotniczy w Poznaniu, a w październiku wielkie zmiany w Związku Radzieckim i w Polsce. Chruszczow oskarżył pośmiertnie Stalina o wymordowanie 20 mln obywateli Związku Radzieckiego. U nas VIII Plenum KC PZPR powołało na I sekretarza Władysława Gomułkę, który za rządów Bieruta przebywał w więzieniu. Wypuszczono też z internowania Prymasa Polski, kardynała Stefana Wyszyńskiego. Po tych wydarzeniach poczuliśmy się wolni. Odwilż – możemy działać i uczyć zgodnie z prawdą. Na ściany klas wróciły krzyże. Urządzamy szkolna choinkę, śpiewamy kolędy, przychodzi św. Mikołaj, a nie Dziadek Mróz. Zebrania nauczycielskie odbywają się w tzw. ogniskach. Dyskusje śmiałe. Dowiadujemy się, że Stalinogród wrócił do dawnej nazwy – Katowice. Ileż radości! Chce się żyć, pracować. Ale praca jest trudna ze względu na budynek szkolny – stary dworek, pewno XIX-wieczny, grube, kruszące się mury, małe okna, w klasach półmrok (a było jeszcze wtedy oświetlenie naftowe), a przede wszystkim ciasno. Sytuacja wygląda tak: wchodzimy do wielkiej sieni, która spełnia funkcję szatni dla 120 uczniów. Co roku jest ich więcej, bo idzie powojenny wyz demograficzny. Na prawo sala lekcyjna, dość duża, ale ciemna, bo okna wychodzą na północ. Druga sala lekcyjna, na wprost drzwi wejściowych, jest dosyć miła, bo okna ma na południe (konflikty nauczycielskie brały się stąd, że każdy chciał w tej sali uczyć). Jeszcze jedna sala, dość duża, bo mieściły się tam nawet trzy rzędy ławek, prze którą przechodzi się do jeszcze jednej salki, małej, ale za to dość ciepłej. Są to jednak tylko cztery sale, a dzieci przybywa, a co za tym idzie i etatów nauczycielskich. Zmuszeni jesteśmy wynająć dwie sale na wsi. Są to pokoje małe, zimne, nie spełniające wymogów sal do nauki. Gdy na prośby Komitetu Budowy Szkoły w 1969 roku przyjechał do nas z Katowic kurator Wincenty Świątek, dosłownie złapał się za głowę na takie widoki. O budowę nowej szkoły prosiliśmy władze od początku, przecież biedna w owe czasy wieś nie da rady wybudować obiektu. Zawsze były gdzieś większe potrzeby, zawsze ktoś inny miał pierwszeństwo. Na zebraniu mieszkańców wiosek zaproszony gospodarz powiatu, czyli Przewodniczący Powiatowej Rady Antoni Spałek spisał na pudełku od papierosów 20 miejscowości, które mają podobne budynki szkolne. Wtedy postanowiliśmy pukać do wyższych instancji. Do województwa w Katowicach, gdzie Przewodniczącym Wojewódzkiej Rady był generał Jerzy Ziętek. Nasza czteroosobowa delegacja została godnie przyjęta przez generała w pięknym, wielkim gabinecie. Po wielkich prośbach i rocznej zwłoce zostaliśmy usatysfakcjonowani. Budowę szkoły włączono w plan budżetu wojewódzkiego. Przyznano na ten cel 4,5 mln zł (nie jest to suma porównywalna z dzisiejszymi pieniędzmi, nauczyciel zarabiał wtedy 1000 zł). Społeczeństwo ma dać 30 % sumy. Nauczyciele zbierają więc grosze, chodząc od drzwi do drzwi, różnie przyjmowani przez mieszkańców. Kierownik szkoły (może to już dyrektor, zmieniono nazwę), Feliks Lizurej jedzie do Warszawy do Wydziału Planowania po plany budynku. Przywiózł 15 ksiąg przedstawiających nasz wymarzony budynek. Oglądamy te rysunki i serce nam rośnie: 7 sal lekcyjnych, biblioteka, świetlica, duże korytarze, pracownia techniczna. Brak jednak Sali gimnastycznej, pokoju lekarskiego, przydałby się jeszcze sklepik szkolny. Trzeba te plany przystosować do naszych potrzeb i to jest w rękach inżyniera Warchoła, pracownika Odium w Częstochowie. Trochę się to ciągnie, mimo naszych ciągłych ponagleń, aż wreszcie budowa rusza. Wieś ma zrobić wykopy pod fundamenty. Idziemy wszyscy kopać, z czym kto może. Zaczynają rosnąć nowe mury.

Rok 1972, wiosna, budynek prawie na ukończeniu. Przyjeżdża komisja z powiatu, aby dokonać inspekcji, jakie braki należy jeszcze uzupełnić. Znajduje ich dość dużo, sporządza protokół. Prace muszą jeszcze potrwać, w wakacje jeszcze się nie przeprowadzimy. Przede wszystkim, nie ma wody, która ma być doprowadzona z odległej studni przy starej szkole. Mimo wszystko władze powiatu zarządzają uroczyste oddanie szkoły 22 lipca dla uczczenia święta Polski Ludowej. Co ma robić biedny dyrektor w tej sytuacji? Wakacje, nie ma dzieci, gospodarze w polu – żniwa. Sami, grono nauczycielskie i kilka bardziej aktywnych osób z Komitetu Budowy, przygotowujemy, co się da.

Wreszcie jest ta niedziela, słoneczna, upalna. Dla nas, a przede wszystkim dla dzieci, to spełnienie marzeń. Przyjeżdżają władze, oceniają. Ludzie zbierają się na placu przed szkołą – nową, przystrojoną, odświętną. Ja ze swoim szkolnym chórem śpiewamy piosenkę:

„Ta nasza piękna szkoła

Roztacza słońca blask

I tyle tu przestrzeni,

I tylu jest tu nas.

Biegniemy tu co rano…”.

Nazywam się Helena Kalwik. W związku z jubileuszem szkoły pragnę podzielić się moimi wspomnieniami związanymi z pracą w Więckach.

W roku szkolnym 1973/74 wraz z mężem podjęliśmy pracę w Szkole Podstawowej w Więckach. Ja jako polonistka, mąż objął funkcje dyrektora szkoły.

Mimo, ze byliśmy doświadczonymi pedagogami, nurtowało nas pytanie: Jak będzie? Odpowiedź przyszła szybko. Młodzież ambitna, sympatyczna. Nauczyciele i pracownicy administracyjni mili, zaangażowani. Rodzice życzliwi, chętni do współpracy.

Szczególnie utkwiło mi w pamięci spotkanie z klasą, której zostałam wychowawczynią. Małe jeszcze dzieci na ogromnych czerwonych krzesłach. Szczęśliwe i dumne buzie, że wreszcie ich marzenie o pięknej szkole spełniło się. A na stolikach dalie i inne kwiaty ogrodowe na powitanie. I oczywiście przy pierwszym stoliku Irenka i Mieciu.

Często wspominaliśmy okres pracy w Więckach z nutką żalu, że mógł trwać… Niestety, wszystko co piękne szybko przemija.

Osobiste refleksje byłej nauczycielki, która „przeżyła” budowę szkoły i 32-letni okres pracy pedagogicznej w jej murach, spisane na okoliczność obchodów 35-lecia istnienia tej szkoły

Pierwszy przyjazd do Więcek w celu obejrzenia szkoły, w której zaproponowano mi pracę, nastąpił w czerwcu 1967 roku. Podróż tę odbyłam z koleżanka, moja parafianką. Wyruszyłyśmy z domów wczesnym rankiem. Naszym celem był Inspektorat Oświaty w Kłobucku. Tam przedstawiono nam różne oferty pracy. Wybrałyśmy Więcki, bo mogłyśmy rozpocząć prace w tej samej szkole. Krysia jako nauczycielka biologii i chemii, ja – matematyki i fizyki. Byłyśmy szczęśliwe – dwie nieśmiałe dziewiętnastolatki trafiły w to samo miejsce. Stałyśmy się tym faktem automatycznie ośmielone. Po wizycie w Inspektoracie udałyśmy się do Więcek. Sama podróż pekaesem, okrężna drogą, przez Krzepice, nie nastroiła nas pozytywnie. Ale późniejsze spotkanie z dyrektorem p. Feliksem Lizurejem i jego żoną Barbarą wywarło na nas bardzo dobre wrażenie. Przeciwnie do odczuć, które wywołał widok samej szkoły. Stary budynek przypominał obraz z wyblakłych fotografii, ukazujących domostwo zubożałego szlachcica. Przygnębiające wrażenie wywarły poszczególne pomieszczenia szkoły. Cztery klasy w budynku szkolnym plus dwie klasy w wynajętych izbach w prywatnym domu. Mogłyśmy zrezygnować, ale to łączyło się z ponowna, uciążliwą droga do Kłobucka i niepewnością, co nam zaproponują. Sam fakt, że mogłyśmy pracować w jednej szkole, przewyższał wszystkie niedogodności i nieciekawe wrażenia. Samo przyjęcie nas przez dyrektorstwo, miła rozmowa nastawiły nas pozytywnie do przyszłej pracy. A więc decyzja na „tak” zapadła wtedy w obecności dyrektora i jego żony.

Drugą podróż z naszych miejscowości (oddalonych o ok. 55 km) do Więcek odbyłyśmy już z naszymi mamami. Miało to miejsce w wakacje w 1967 roku. Wówczas dyrektor szkoły zaprowadził nas do mieszkania, w którym miałyśmy mieszkać. Było to 2-izbowe mieszkanie w prywatnym domu gospodarza. Nie posiadało ani łazienki, ani bieżącej wody, nie było w nim centralnego ogrzewania. I tak od 1 września 1967 roku rozpoczęłyśmy pracę w starej szkole i wspólne zamieszkiwanie. Pięć nauczycielek i dwóch nauczycieli, w tym dyrektor, to grono pedagogiczne szkoły. Atmosfera w pracy była wspaniała. Pracowało nam się bardzo dobrze. W tym czasie dyrektor szkoły czynił już bardzo dużo zabiegów, aby została rozpoczęta budowa nowej szkoły. Z perspektywy lat mogę stwierdzić, że gdyby nie osobiste starania dyrektora Lizureja i czynione różnorodne zabiegi, jak zawożenie „gdzieś tam” podarunków typu „grzyby-ryby-owoce” i ciągłe uniżone prośby, kierowane do wszystkich „cos mogących” – to ta szkoła nigdy nie zostałaby wybudowana. Śmiem twierdzić, że na tamte czasy dyrektor Lizurej był właściwą osobą na odpowiednim miejscu. I tylko dzięki jego determinacji w dążeniu do celu, uporowi w szukaniu różnych dojść, organizowaniu wyjazdów delegacji do „niższych”, jak i „wyższych” władz, zapadła decyzja o jej budowie. W powyższe starania zaangażowani byli niektórzy mieszkańcy Więcek i Dąbrowy. Po 40 latach nie wszystkie nazwiska wyłaniają się z mojej pamięci. Nie chcąc nikogo pominąć, daruje sobie wymienianie kogokolwiek. Niestety, pamięć ludzka bywa zawodna – to raz, a po drugie, ja, wówczas żona i matka, nie byłam osobiście zaangażowana w te wszystkie zabiegi i starania, które miały miejsce i dzięki którym możemy w tym roku świętować 35-lecie „nowej” szkoły. Dzisiaj mogę tylko napisać: „Chwała tym, którzy mieli czas i chcieli być blisko tych spraw, dzięki im za społeczna postawę.”

10 maja 1970 roku był ważnym dniem w historii Więcek. W tym dniu w obecności władz partyjnych, oświatowych i administracyjnych w mury nowej szkoły został wmurowany akt erekcyjny.

16 lipca 1972 roku w obecności władz powiatowych wszystkich szczebli mieszkańcom Więcek został przekazany budynek szkoły. Tamte wakacje nauczyciele, jak i wielu miejscowych uczniów spędzili na przygotowywaniu dekoracji, zagospodarowywaniu wnętrz budynku, przygotowywaniu szkoły do rozpoczęcia nowego roku szkolnego 1972/73. Nauczyciele, uczniowie, rodzice – wszyscy byli wówczas w wielkiej euforii. Piękne, czyste, przestronne klasy, widne i słoneczne – po prostu nie chciało się opuszczać szkoły po skończonych zajęciach. I chociaż nie wszystko było dopięte na ostatni guzik (brak bieżącej wody, nieczynne ubikacje), to jednak istniejące mankamenty wydawały się mało uciążliwe w porównaniu z tymi, które istniały w starym budynku.

Pierwszy rok w nowej szkole przepracowaliśmy wydajnie i twórczo. Przeżywaliśmy liczne odwiedziny wizytatorów przedmiotowych, a nawet ogólna wizytację, dokonaną przez wizytatora szkolnego. Ogólnie w ocenie podsumowującej wizytacje wypadliśmy dobrze. I dlatego było dla nas wielkim zaskoczeniem, kiedy pod koniec maja 1973 roku dotarła do nas wiadomość, że dyrektor Lizurej zostaje odwołany ze stanowiska. Wielkie zaskoczenie i niewiadoma. Dlaczego, jaki powód, co za przyczyna? Na te pytania od nikogo nie dostaliśmy wiarygodnej odpowiedzi. Przypuszczenia były różne. Fakt odwołania został przez dyrektorstwo odebrany jako osobista krzywda i niesprawiedliwość. Barbara i Feliks Lizurejowie w okresie swego pobytu w Więckach związanego z pracą pokazali się jako ludzie aktywni społecznie. Pani Barbara współpracowała z młodzieżą ponadpodstawową, organizując przedstawienia dla społeczności i zasilając w ten sposób budżet Komitetu Rodzicielskiego i konto ZMW. Dyrektor Feliks Lizurej był członkiem miejscowej ochotniczej straży pożarnej. Na zebraniach partyjnych i wiejskich drążył sprawę budowy wodociągów i drogi asfaltowej. Państwo Lizurejowie współpracowali ze społecznością wiejską, wciągając mieszkańców do działania w kole Gospodyń Wiejskich, w komitecie Rodzicielskim czy w OSP. Kontakty te były odbierane przez ludzi bardzo pozytywnie.

Rok szkolny 1973/74 rozpoczęliśmy pod nowym kierownictwem. Dyrektorem naszej szkoły został pan Czesław Kalwik Wspólnie z żoną rozpoczęli pracę w naszej szkole. Dyrektor jako nauczyciel matematyki, pani Helena Kalwik jako nauczycielka języka polskiego. W tym roku szkoła realizowała plan nauczania o 11 nauczycielach, łącznie z filią w Antoniach z jednym nauczycielem. Atmosfera pod nowym kierownictwem i w obecności poprzedniego kierownictwa była nie do pozazdroszczenia dla pozostałych nauczycieli. Znaleźliśmy się miedzy młotem a kowadłem. Taka sytuacja trwała przez cały rok.

Nowy dyrektor podjął próbę zaangażowania społeczeństwa w budowę domu dla nauczycieli. Na zebraniach wiejskich mieszkańcy wyrażali chęć przyjścia z pomocą przy budowie takiego obiektu. Komitet Rodzicielski zebrał nawet na ten cel pewna sumę pieniędzy. Jednak nigdy nie doszło do realizacji tej budowy. Przeciwny był ponoć Urząd Gminy w Popowie. A być może zabrakło siły, chęci i determinacji stronom, które wpadły na ten pomysł. Dom Nauczyciela nigdy nie powstał w Więckach. W owym czasie aż cztery rodziny nauczycielskie mieszkały w prywatnych lokalach gospodarzy. Nie było tam podstawowych wygód. Często zdarzały się konflikty na linii właściciel-rodzina nauczycielska. Budowa Domu Nauczyciela miała rozwiązać problem mieszkań nauczycielskich i zatrzymać na dłużej kadrę szkoły. Tak się nie stało. Z perspektywy czasu tylko ja zostałam w tej szkole na zawsze. Była to moja pierwsza i ostatnia praca. Przetrwałam pięciu dyrektorów, a także osobisty mój rok, jako p.o. dyrektora. Były to lata wytężonej pracy, lata wzlotów oraz różnych problemów zawodowych i osobistych.

Po 40 latach od mojego pojawienia się w Więckach z mojej pamięci wyłaniają się najczęściej momenty radosne, związane z moja praca i moja szkołą. I wydaje mi się, że tak powinno być. Nie należy w pamięci utrwalać przykrych faktów. Czas leczy rany. Dziś spotykam się z wyrazami sympatii i szacunku ze strony swych wychowanków i ich rodziców. To cieszy i napawa optymizmem na emerycką przyszłość.

Przez okres 35 lat nasza szkoła przeżyła wiele zmian. Największy rozmach tych zmian przypada na czas dyrektorowania pani Ryszardy Badury. Ja, jako częsty gość obecnego grona, bywający na poważnych szkolnych uroczystościach albo jako babcia odprowadzająca swoje wnuki do szkoły mogę wszelkie zmiany rejestrować na bieżąco. Obecna pani dyrektor to osoba pełna zaangażowania, pomysłów, nie licząca swego czasu pracy, oddana całkowicie swej misji. Dobro szkoły, dobro uczniów to jej największe wyzwania. Różnymi sposobami pozyskuje środki finansowe, przy pomocy których pomnaża wyposażenie szkoły, podnosi jej estetykę, dba o ład i funkcjonalność. Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że obecnie budynek szkoły, jak i jego obejście, prezentuje się najkorzystniej w całej swej historii istnienia. Obecna dyrektor to człowiek-pracoholik, to druga osoba (w historii szkoły), która w pewnym czasie znalazła się na odpowiednim miejscu. Stworzyła zespół, z którym wspólnie, aktywnie i twórczo, działa dla uczniów i środowiska. Takie działania podnoszą rangę naszej szkoły wśród społeczności obwodu szkolnego. A widać to gołym okiem, słychać w wypowiedziach i czuć z atmosfery panującej w szkole.

Z okazji 35-lecia szkoły podziękowania należą się ludziom, którzy doprowadzili do jej powstania, ludziom, którzy przez swa pracę i naukę w jej murach, tworzyli historie szkoły i ludziom, którzy aktualnie dbają o jej istnienie, rozwój i rangę w środowisku. Wśród tych ludzi są obywatele II, III i IV RP. Wszyscy zgodnie pracowali i pracują na dobra opinię naszej szkoły. I chociaż zdarzały się różnice zdań, nigdy nie przekładały się one na jej niekorzystny wizerunek w społeczności. Praca w tej szkole mobilizowała do doskonalenia zawodowego, do poszukiwania najlepszych rozwiązań. Nauczyciele w niej pracujący tworzyli zawsze zgrany zespół ludzi, mający przed sobą w każdej RP wzniosły cel – kształtowanie młodego człowieka. Podglądając dzisiejszych wychowawców w czasach IV RP, dostrzegam te same szczytne ideały. Należy zatem stwierdzić: Szkoła w Więckach nie dzieliła i nie dzieli. Ta szkoła łączy, uczy, rozwija. Uczy życia, przekazując najwyższe wartości moralne w odpowiedniej oprawie. Dlatego z wielka satysfakcją utożsamiam się z jej historią, a moje 32 lata pracy to skromny wkład w jej tworzenie. Tak to widzę i odbieram z dystansu 8 lat emeryckiego trwania.

I tym zdaniem wypada zakończyć refleksje byłej nauczycielki, która swoja aktywność zawodowa związała z ta szkoła. Co niniejszym czynię, podpisując się pełnym imieniem i nazwiskiem: Danuta Kościelna

Szkoła jak z bajki

Wrzesień 1974r

Wśród małych, wiejskich domków i zabudowań gospodarczych Szkoła Podstawowa w Więckach wyglądała jak z bajki. Była swego rodzaju perełką wyróżniającą się na tle krajobrazu. Budynek był nowy, okazały, z ładna elewacja i dużym placem szkolnym. Od strony frontowej znajdowało się ładnie utrzymane boisko szkolne, a od tzw. zapłocia, piękny ogród pełen kolorowych astrów. Tuz obok szerokie alejki spacerowe obsadzone tujami, a dalej ciągnące się ku horyzontowi bezkresne pola. Widok był tak sielankowy, że ujął moje serce już w pierwszym momencie kontaktu ze szkołą.

I tak zostało do dzisiaj, gdy tylko zamknę oczy w wyobraźni widzę ten obraz…

Sielankowemu wyglądowi tego ,,drugiego domu” każdego młodego człowieka nie ustępowała atmosfer, którą tworzyli uczniowie i ludzie, z którymi przyszło mi pracować. Życzliwi, serdeczni, kreatywni, a przy tym pełni humoru i optymizmu. Z grona tego największym autorytetem był dla mnie p. dyr. Kalwik Czesław i nauczyciel historii kol. Edward Franczak, doskonali pedagodzy i prawdziwi przyjaciele młodzieży.

Z dnia na dzień coraz mocniej wrastałam w tę społeczność duszą i serce, zostałam tu aż 32 lata.

Chyba najbardziej sentymentalnie wspominam różne szkolne i środowiskowe uroczystości. Było ich naprawdę wiele, a każda z nich była niepowtarzalna w swoim klimacie. Oj działo się działo, aż serce cieszy się na samą myśl o tamtych chwilach i przeżyciach.

Równie miło wspominam współpracę z Kołem Gospodyń Wiejskich, Ochotniczą Strażą Pożarną i Radą Rodziców. Byli to ludzie, którzy na zawsze pozostaną w mojej pamięci, ponieważ w każdej chwili mogłam liczyć na ich pomoc i wsparcie.

W tym miejscu jak z bajki były tez krasnoludki, dobre wróżki, a czasami nawet zjawiała się jakaś czarownica…

Nie wiem, czy w to uwierzycie, ale właśnie ta szkoła była dla mnie i forma i treścią egzystencji. Tu przeżyłam najpiękniejsze chwile swojego życia osobistego i zawodowego. I chociaż wiele moich marzeń się nie spełniło, a niektórych spraw i wydarzeń do dzisiaj nie mogę zrozumieć, niczego nie żałuję. Gdyż zawsze i wszędzie są rzeczy, zjawiska i istoty, które trzeba zrozumieć-i takie, w które wystarczy wierzyć. Jestem przekonana, że praca w tej szkole nie była czasem straconym.

Z okazji tak pięknego jubileuszu wszystkim, z którymi miałam przyjemność pracować gorąco dziękuję za wszelką pomoc i współpracę, a całej społeczności szkolnej życzę stałego wzrastania edukacyjnego, duchowego i materialnego.

Niech szkoła trwa, cieszy się uznaniem, popularnością i akceptacją.

Do kolejnego jubileuszu

z gratulacjami

Maria Wzientek (pracowała w latach 1974-2006)

MARZENIA

Prosto z Liceum Pedagogicznego poniosłam kaganek oświaty do Więcek. Był rok 1959, dawne dzieje, ale jakże bliskie mojemu sercu. To tu w Więckach zaczęłam dorosłe życie. To tu zaczęła się moja kariera nauczycielki. W drugim roku mojej pracy dojeżdżałam dwa razy w tygodniu do filialnej szkoły w Antoniach, z którą przyszło mi się później związać na dłużej. Rok szkolny 1961/62 rozpoczynałam już jako p.o. kierownika. Z nastaniem września zmieniłam również stan cywilny i jakież było moje zdziwienie, gdy wychodząc z kościoła w Działoszynie życzeniami i kwiatami obdarowali nas rodzice z dziećmi ze szkoły z Więcek. Do dziś mam ten obraz pod powiekami i tak już pozostanie. Antonie, mała wioska, gdzie diabeł mówił dobranoc, ale mnie młodej wiejskiej nauczycielce chciało się przenosić góry i budować lepsze jutro. Przyszło mi razem ze wspaniałymi ludźmi tej okolicy zbudować szkołę czteroklasową. Oj, jak nam chciało się tej szkoły. Jestem zadowolona, że te lata już minęły, drugi raz bym się tego już nie podjęła. To dzięki wytrwałym ludziom, nie szczędzącym swojego czasu, pracy w pocie czoła, doczekałam uroczystego otwarcia naszej szkoły. Dzień jej przekazania zbiegł się z dniem ślubu mojego brata. Gdzie wówczas byłam? Ze wszystkimi moimi bliskimi. Otwieraliśmy szeroko drzwi naszej szkoły. Nie mogłam zrobić inaczej. Byłam tu, w Antoniach. Ktoś, kto nie pracował w klasach łączonych, nie będzie wiedział, jak to smakuje, to trzeba przeżyć. Ale muszę również powiedzieć, jak bardzo pomogła mi ona w następnej pracy, kiedy przyszło mi uczyć klasy liczące ponad trzydziestu uczniów.

W poruszaniu się po okolicy bardzo pomocna była nam wówczas Syrenka. Niestety tylko w sezonie letnim, w pozostałe dni było to niemożliwe ze względu na drogi, a właściwie ich brak. Pamiętam takie zdarzenie, kiedy po przejechaniu 300 metrów ugrzęźliśmy w błocie, mąż poprosił mnie o sprowadzeniu posiłków. Wysiadłam z samochodu i zostawiłam buta. W jednym dotarłam do zagrody p.p.Lisów, którzy wybawili nas z opresji, a koń uratował samochód od utonięcia w błocie. Dzisiaj wydawać się to może śmieszne, ale nam do śmiechu nie było.

Codziennie trzeba było zdawać egzaminy i koniecznie doskonalić się. Chodziło przecież o to, żeby moje dzieci wyrosły na mądrych ludzi. I wyrosły, a o to mi przecież chodziło. I nadszedł dzień, kiedy powiedziałam do męża: jedźmy stąd. Wyjechaliśmy do następnej gminy i już tu zostaliśmy. Żal tylko, że nie ma już wymarzonej i utęsknionej przez nas wszystkich szkoły w Antoniach. Od mojego wyjazdu minęło sporo lat, a ja ciągle marzę, żeby ktoś mądry pomyślał o skromnych, o wielkich sercach ludziach z Antoni. Przecież ta szkoła to ich skarb. A Antonie odwiedzę, gdy w tej szkole zacznie się coś dziać. Dla tych ludzi. Warto o tym pomyśleć. Wierzę, że tak będzie.

Anna Szajkowska

(z domu Kotynia)

Wspomina Wanda Kowalczyk, z domu Przygoda, nauczycielka klas młodszych, pochodząca z Iwanowic Dużych

Początki mojej pracy przypadają na lata 70. w Szkole podstawowej w Wąsoszu. Następnie, w związku z reorganizacją szkół i powstaniem tzw. dziesięciolatek, zostałam przeniesiona do pracy w szkole w Antoniach w klasach I-IV. Była to filia szkoły Podstawowej w Więckach. Praca w tej szkole była bardzo trudna, ponieważ uczyłam dzieci, łącząc klasy I i II, II i IV ze względu na małą ilość uczniów. Pełniłam jednocześnie funkcje kierownika punktu filialnego. Te trzy lata spędzone w Antoniach wspominam bardzo miło, gdyż miejscowa społeczność była bardzo oddana szkole, wspierała mnie we wszystkich przedsięwzięciach.

Dyrektorem szkoły w Więckach był wówczas nieżyjący już pan Czesław Kalwik – doświadczony pedagog, bardzo dobry nauczyciel i dyrektor. Był to człowiek wielkiego serca, uwielbiał młodzież, kochał i szanował ludzi. Służył mi zawsze dobrą radą, pomagał w trudnych chwilach. Byłam przez niego doceniana, co „dodawało mi skrzydeł”.

Bardzo miłym zaskoczeniem było dla mnie przyznanie w 1975 roku talonu na samochód marki Syrena 105 przez generała Jerzego Ziętka. Generał znał miejscowość, wiedział, gdzie znajdował się najbliższy przystanek PKS czy PKP, ponieważ uczestniczył w otwarciu szkoły w Antoniach. Samochód spłacałam w ratach. Po likwidacji szkoły w Antoniach pracowałam w Więckach ponad rok.

Grono nauczycielskie to była jedna wielka rodzina. Z radością wspominam chwile, gdy całe grono odwiedziło mnie w Antoniach, przychodząc nawet pieszo, bym nie czuła się osamotniona.

To były trudne, ale najpiękniejsze lata pracy. Po latach, gdy pracowałam już w innej szkole, czułam wielki sentyment do ludzi z Więcek. Gdy odbywały się konferencje czy jakieś zebrania nauczycieli, to zawsze opuszczałam swoje grono, by chociaż przez chwilę z nimi porozmawiać.

WSPOMNIENIA ABSOLWENTÓW :

SZKOŁA PO LATACH

Pisanie wspomnień o latach szkolnych spędzonych w szkole podstawowej w Więckach jest jak powrót do lat dzieciństwa. Były to dawne dzieje, lata 1975-1983. Jeszcze wtedy szkoła podstawowa była ośmioklasowa. Nosiliśmy niebieskie mundurki z białymi kołnierzykami przypinanymi chyba na trzy guziki. Łatwo można je było zmienić. Na lewym rękawie mundurku była obowiązkowo przyszyta tarcza szkolna.

Kiedy dziś cofam się w przeszłość, to przed oczyma powracają obrazy z tamtych lat. Pamiętam, kiedy jako mały chłopiec po raz pierwszy przekroczyłem próg szkoły. Wszystko wydawało się wtedy takie duże. Z pierwszego okresu pamiętam Panią Przedszkolankę, p. Wzientek. Przypominam sobie jak nam, wtedy małym brzdącom, grała m.in. na akordeonie i pięknie śpiewała. Ze mnie jednak nie udało się jej jednak zrobić wielkiego artysty. Właściwie pierwszy rok w szkole był dla mnie zerówką, klasą, w której uczyliśmy się pisać i czytać, liczyć itd. Byłem chyba dość miernym uczniem, gdyż bardzo trudno przychodziło mi uczenie się sztuki czytania i pisania. Wtedy moja Babcia Józefa przesiadywała ze mną i cierpliwie uczyła. No i udało się. Nauczyłem się podstaw, by rozpocząć naukę w pierwszej, potem drugiej itd. aż do ósmej klasy szkoły podstawowej.

Wielu nauczycieli, uczących do dziś w szkole w Więckach, wtedy zaczynało zaraz po studiach swoją pracę dydaktyczną w naszej szkole. Przychodziły młode panie nauczycielki, młodzi panowie. Część starszych nauczycieli była znana z opowieści jako bardzo wymagający. Najczęściej padało nazwisko p. Kościelnej, matematyczki. Surowym wydawał się także p. dyrektor Kalwik. Z jego osobą kojarzy mi się dość ciekawe wspomnienie. W czwartej klasie dostałem lanie, dosłownie po łapach linijką za rozrabianie na lekcji. Od tego dnia chyba już nigdy nie dałem okazji do powtórki. Do dziś pamiętam, jak wtedy bolało. Kara była skuteczna i przyniosła poprawę. Nikt wtedy nie krzyczał o prawach dziecka. Nie przyznałem się w domu, że dostałem, bo rodzice poprawiliby mi za niegrzeczne zachowanie w szkole. Znaną karą było zostawanie w kozie czyli po zakończeniu lekcji za brak odrobionej pracy domowej. Wtedy siedziało się i uzupełniało braki. W ten sposób nasi nauczyciele uczyli nas sumienności i systematyczności w nauce.

Moją fascynacją była wtedy historia. Z tego okresu pamiętam p. Edwarda Franczaka, który potrafił zauroczyć mnie dziedziną wiedzy, której uczył. Potem chciałem wiedzieć jeszcze więcej niż na lekcjach. Czytałem dużo książek z różnych dziedzin i tak już zostało do dziś. Chętnie sięgam po różne pozycje, nie tylko z historii. Zawsze warto wiedzieć więcej.

W szkole miałem zawsze dużo problemów z nauką języka rosyjskiego. Zaczynała się ona w piątej klasie i była moją przysłowiową kulą u nogi. P. Patacz, która wtedy uczyła rosyjskiego, miała ze mną wiele kłopotów. Ciągle źle akcentowałem, choć gramatyka i słówka nie były dla mnie problemem. Nawet w szkole średniej nigdy język rosyjski nie był moją mocną stroną.

Na lata szkolne przypadł okres Solidarności i stan wojenny. W szkole nauczyciele nosili wtedy biało-czerwone opaski. Po wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku przez dłuższy czas nie chodziliśmy do szkoły. Zapłaciliśmy wtedy za przymusowe leniuchowanie odwołaniem ferii zimowych. Z tego, co się wtedy działo niewiele rozumiałem, choć widok czołgu i uzbrojonych żołnierzy na ulicach Częstochowy robił niesamowite wrażenie.

W siódmej klasie nowym dyrektorem został p. Matuszewski, a jego żona uczyła nas języka polskiego. Ostatnie dwa lata były czasem myślenia o szkole średniej i egzaminach wstępnych. Pamiętam bardzo życzliwą reakcję moich nauczycieli szkolnych na wieść, że wybieram się do Niższego Seminarium Duchownego jako do szkoły średniej.

Lata szkolne spędzone w Szkole Podstawowej w Więckach były okazją do poznawania świata nie tylko na lekcjach. Ze szkoły wyjeżdżaliśmy na wycieczki do kina, teatru i różnych ciekawych miejsc w naszej Ojczyźnie. Byliśmy m.in. w polskich górach: Tatrach, Pieninach, w Krakowie, Wieliczce, Warszawie itd. Z tamtych czasów pozostały wspomnienia i zdjęcia.

Kiedy dziś po latach oglądam fotografie z lat szkolnych, to nasuwa się refleksja, jak bardzo zmienił się świat, zmieniła się szkoła i ludzie. Szkoła była dla mnie miejscem zdobywania wiedzy i miejscem wychowania. W jej murach nauczyciele próbowali wychować mądrych i dobrych ludzi. Uczyli jak być uczciwym człowiekiem. Nawet jeśli czasem karali, to z myślą o dobru swoich uczniów.

W obecnych czasach nie brakuje różnych pomocy szkolnych. Komputery i inne sprzęty stały się codziennością. Zniknęły mundurki, tarcze, kary w dawnym wymiarze, ale czy współcześni uczniowie są lepsi, mądrzejsi? Czy chcą wiedzieć więcej, być dobrymi uczniami, dobrymi ludźmi?

  1. Sławomir Zabraniak

***

Zakładając, iż każdy z nas ma swoją ,,podstawówkę” ukrytą gdzieś w pamięci, niczym w skrzyni skarbów-moja jest ta w małej wiosce – Więcki.

Ta maleńka szkółka, ukryta pomiędzy polami, w miejscu, gdzie każdy, kto potrafił lub chciał się wsłuchać, mógł usłyszeć odgłos nadjeżdżającego pociągu.

Tak, to moja podstawówka…

Z żywopłotem, który stanowił doń drogę-niczym magiczny, zielony drogowskaz, za którym ukryte było wszystko to, co podstawówka powinna dać takiej dziewczynce, jaką byłam ja. Hm…Już nie jestem tamtą małą dziewczynką. Już nie mam takich planów i marzeń jak ona.

Już nie te sny, smutki i strachy…Odeszło wszystko to, tak jak ostatni pociąg. Czas pościnał ,,myśli-motyle”, które żyły w mojej głowie zupełnie tak, jak ktoś kto ściął krzaki żywopłotu rosnące wokół mojej ,,podstawówki”. Może dzięki temu, co się tam wydarzyło, jestem tym kim jestem teraz?

Z pozdrowieniami Monika Macherzyńska

(z domu Franczak)

OBECNA

Kiedy pierwszy raz po latach wróciłam do mojej szkoły, wszystko wydało mi się maleńkie. Schody i korytarz, plac zabaw i sala gimnastyczna. Mali byli uczniowie i sale, w których się uczyli. Jak to możliwe? – pytałam siebie. Przecież całkiem niedawno to była duża szkoła, wokół której kręciło się moje dziecięce, a potem nastoletnie życie. Wyrosłam z niej jak z za krótkiej sukienki, jak z małego roweru, dziecinnej książeczki. Co ciekawe, odwrotnie proporcjonalnie do rozmiarów szkoły i wszystkich jej atrybutów rośnie sentyment do niej. Pamięć nie zaciera się, raczej wyostrza. Bo przecież wszystko, co najważniejsze, zaczęło się tutaj. Za mało miejsca, by opowiedzieć podstawówkową historię. Może tylko przebiegnę w myślach tych, których nie da się zapomnieć, moją klasę. A więc: Marcin Kowalski, Marcin Kokot, Justyna Matyszczak, Wiola Patacz, Romek Maciński, Justyna Kwas, Łukasz Mandat, Marcin Wzientek, Ilona Strzelczyk, Artur Wnuczek, Przemek Mańka, Marek Włodarczyk, Krystian Krawczyk, Staś Kowalczyk, Przemka Ryczko, Monika Ryczko, Justyna Bęben, Grześ Bęben. Obecni.

Anna Wojciechowska

***

Moja Podstawówka…Nie było mnie tutaj przez tyle lat…Te same mury, te
same klasy, nawet niektórzy Nauczyciele…
To właśnie tutaj przeżywałam swoje pierwsze sukcesy i porażki.
Zawierałam pierwsze znajomości, miałam pierwsze Przyjaciółki „od serca”.
Szkoła była dla mnie zawsze miejscem, do którego tęskniłam. Już w
połowie wakacji kompletowałam piórnik i robiłam marginesy w zeszytach.
Najbardziej utkwił mi w pamięci początek pierwszej klasy. Ten lęk przed
„nieznanym” – nowa Pani, nowe obowiązki i nowe zadania. Pamiętam swój
pierwszy tornister – z rysunkiem rybaka i złotej rybki…
Chociaż minęło tyle lat, ostatnio znów przeżywałam podobny lęk przed
„nieznanym”…Pierwszy dzień w szkole – w Mojej Podstawówce. Z
uczniowskiej ławki przesiadłam się do nauczycielskiego biurka…

Julita Banasiak-Sieja

„Szkoła mój drugi dom”

Szkoła twój drugi dom – mówią dzieciom nauczyciele. A dla mnie rzeczywiście tak jest – mieszkam w szkole, w Domu Nauczyciela. Fakt ten wielokrotnie uchronił mnie przed otrzymaniem jedynki za brak pracy domowej. W młodszych klasach często zdarzało mi się czegoś zapomnieć na lekcje i wtedy wystarczyło zrobić dokładnie 35 kroków, aby znaleźć się w domu i wziąć zapomniany zeszyt lub książkę. Praktycznie cały czas jestem w szkole, wychodząc na boisko już spotykam kolegów. W moim „drugim domu” czuję się bezpieczny i ufny. Wiem, że wśród przyjaciół i nauczycieli nic złego mi się nie zdarzy. W szkole, tak jak śpiewamy w hymnie szkolnym, jest mój śmiech i moje łzy. To w szkole przeżywam swoje największe radości, ale także swoje niepowodzenia i troski. To naprawdę mój „drugi dom”.

Jakub Wójciak, uczeń klasy VI

w roku szkolnym 2007/2008

SZKOŁA IM. STEFANII SEMPOŁOWSKIEJ W WIĘCKACH

Dawno, dawno temu …. Po papierkowych staraniach nadszedł czas na zmaterializowanie planów. 10 listopada 1969 roku rozpoczęto budowę. 10 maja 1970 roku w towarzystwie władz i społeczności nastąpiło wmurowanie aktu erekcyjnego w mury nowej szkoły, a 16 lipca 1972 roku nastąpiło uroczyste przekazanie szkoły imienia wybitnej nauczycielki Stefanii Sempołowskiej. Te świeże mury kształciły ośmioklasistów aż do 2000 roku, aby z pierwszym rocznikiem szóstoklasistów w czerwcu tegoż roku opuścić je na zawsze. Od roku szkolnego 2000/2001 zaczął się nowy etap w historii szkoły w Polsce. Staliśmy się bowiem sześcioklasową szkołą podstawową.

Tak w telegraficznym skrócie można zapisać narodziny budynku, który w tym roku po gruntownej modernizacji (za pieniądze z Unii Europejskiej) skończył 35lat. W przeddzień święta Edukacji Narodowej spotykamy się, aby przypomnień dawne czasy i pokazać nowe oblicze NASZEJ SZKOŁY. Jaka będzie za następne 35 lat …

Gminny Zespół Szkolno-Przedszkolny nr 4 w Więckach – od 1.09.2010 r.

Uchwałą Rady Gminy Popów Nr 213/XXXVI/2010 z dniem 1 września 2010 r. utworzony został Gminny Zespół Szkolno-Przedszkolny nr w Więckach, w skład którego wchodzą: Przedszkole w Więckach oraz Szkoła Podstawowa im. Stefanii Sempołowskiej w Więckach. W przedszkolu będą 2 oddziały, w szkole – sześć. Dyrektorem GZSP nr 4 w wyniku konkursu, który odbył się 23 sierpnia 2010 r., została Ryszarda Badura. Kadencja obejmuje okres 1 IX.2010 – 31.VIII 2015 r.